Co wkurza grafika #4

Co wkurza grafika #4

Nigdy i nigdzie nie twierdziłem, że jestem jakimś wybitnie utalentowanym grafikiem. Nie jestem ani specjalnie uzdolniony plastycznie, zorganizowany, manualnie zręczny ani kreatywny. Swoją drogą słowu „kreatywny” należałby się jakiś osobny wpis, bo pieni mnie to słowo niesamowicie, zwłaszcza że nie wiadomo co oznacza. W każdym razie, wybitnie pomysłowy też nie jestem. Ot, zwykły grafik rzemieślnik, który stara się (bo nie napiszę że mi się udaje) pokonywać kolejne bariery swojego beztalencia i wykonywać coraz to lepsze projekty.

Jest jednak jedna rzecz, w której jestem wybitnie utalentowany. Pisałem już o tym w pierwszym artykule z cyklu i raz jeszcze to powtórzę – całkiem nieźle sobie radzę w narzekaniu. Teraz na moment chciałem rozwinąć tą myśl. Oprócz narzekania potrafię też świetnie kląć. Tylko nie popełniajcie znów tego samego błędu co poprzednio i nie myślcie „A, sklinać to każdy potrafi”. Jasne, na pewno każdemu od czasu do czasu zdarza się rzucić jakimś mniejszym lub większym mięsem. Lecz ja, nie chwaląc się bardzo, potrafię wymyślać wiązanki wielozdaniowe, po których uszy zmarniałyby najbardziej krnąbrnym szewcom. Ba! Jak tak się zdrowo zirytuję, to w głowie mojej znikają miliony lat ewolucji, które doprowadziły do racjonalnego myślenia i mój proces myślowy opiera się tylko i wyłącznie na przekleństwach.

Znacie takie powiedzenie, że ktoś używa przekleństw zamiast przecinków? Otóż ja, drodzy przyjaciele graficy, wspiąłem się nieco wyższy poziom i potrafię sklinać tak, że przecinki są jedynymi elementami mojej wypowiedzi, które przekleństwami nie są… W stanie owego… zdenerwowania nawet gdy nic nie mówię ponoć widać że przeklinam. Oczami, czy jak? Szczerze to nie wiem, ale jeśli tak mówią inni to jestem w stanie w to uwierzyć. Aby się uwiarygodnić mogę przytoczyć pewną anegdotkę. Jeszcze w poprzedniej pracy, gdy miałem jakiś wybitnie dobry dzień i byłem nad wyraz spokojny, zza pobliskiego winkla wychyliła się głowa mojej szefowej z pytaniem „Andrzeju, czy wszystko w porządku?”. „Oczywiście, a czemu?” odpowiedziałem pytaniem na pytanie grzecznym acz uniżonym tonem jaki należy się tylko szefostwu. „ A bo od dłuższego czasu nie słyszałam żadnej k***y z Twojej strony, stąd trochę się zaniepokoiłam”.

Zdarzenie to dało mi nie lada do myślenia. I szczerze mówiąc do dzisiaj nie wiem czy powinienem wstydzić się swojej wulgarnej impulsywności czy raczej być rad z tego, że nawet szefowie zaakceptowali milcząco mój talent i zdolności w dziedzinie przeklinania. Jestem za to pewny, że daje mi to prawo twierdzić że jestem całkiem niezły w te klocki.

Jeśli śledzicie moje poczynania jako autora wpisów na Graficznym, to możecie być nieco zdziwieni tą całą opowieścią o rzucaniu mięsem. Przecież na blogu co najwyżej raz czy dwa napisałem „cholera”, i tylko artykuł „O dupie w kształcie serca” był okraszony kilkoma niewinnymi „dupami”, które nomen omen były kwintesencją opowieści. Oprócz niewątpliwego talentu jakim jest wymyślanie w biegu nad wyraz złożonych form zawierających jedynie słowa nieparlamentarne, zostałem obdarzony jeszcze jednym, ciut mniejszym. Talentem (w miarę) poprawnego zachowania. Talent ów, nie pozwala mi na blogu używać słów powszechnie uważanych za niecenzuralne, nad czym gorąco boleję.

Dlaczego o tym piszę? Bo jak sami widzicie, od jakiegoś czasu prowadzę ekshibicjonistyczną autoterapię cyklem o rzeczach, które mnie nad wyraz irytują w zawodzie. I pomimo wybitnie niewielkiej ilości artykułów nie raz i nie dwa zdarzyło się, że potrzebowałem użyć jakiegoś odpowiedniego słowa, a tu bach! Blokada auto-cenzorska nie pozwoliła mi się uzewnętrznić w ten doskonale znany, wszystkim bywalcom bram i innych ciemnych zaułków, sposób. I chyba nie warto dodawać, że okropnie mnie ta moja maniera wkurza. Ale dzisiaj wpadłem na sposób jak się z tego sprytnie wywinąć.

Otóż, sposób jest banalny. Znany prawdopodobnie wszystkim rodzicom. Otóż gdy będę miał ochotę zaflugać tak od serca, to zamiast ranić Wasze oczy jakimś plugawym i nieciekawym słownictwem, napiszę tylko „motyla noga!”. A tekst, który teraz wymęczyłem ma tylko jeden cel. Uświadomić Wam, że gdy takie niewinne stwierdzenie padnie, to nie jest to efekt mojej kultury lub bezmiernej infantylizacji, a niesamowitego zdenerwowania podszytego tchórzostwem i nie możnością napisania tego co naprawdę myślę. Co oczywiście jak zawsze i jak zwykle strasznie mnie wkurza…

Opublikowane przez Andrzej Gdula

  • Urwał nać!
    Tu to masz wiadomo wesoło z samym sobą 😀

  • Magda

    A czy tę „motylą nogę” mógłby Szanowny Autor przenieść również do domu?

    – żona ze zwiędłymi uszami;)

    • Andrzej Gdula

      Szanowny autor nie mógłby – zbyt poważnie traktuje szczerość w związku i otwartość na wady partnera 😛

  • Tak się składa, że narzekanie i przeklinanie to narodowy sport Polaków i każdy jest w tym najlepszy.

    A jeśli chodzi o powyższy wpis, to właśnie puściłem solidną wiązankę w Twoim kierunku (na szczęście tylko ustną) za to, że treść ma się nijak do tytułu. Tak liczyłem na jakąś mięsną sytuację z klientem a tu dupa 🙁

    Motyla noga

  • Przypomniała mi się pewna historia 🙂

    Z zawodu jestem grafikiem, ale rozwijam w sobie różne pasje. Kiedyś chciałem zawiązać grupę kabaretową, w tym celu napisałem ogłoszenie na lokalnym serwisie ogłoszeniowym, że poszukuję ludzi chcących wziąć udział w tym przedsięwzięciu.

    Było dużo ciekawych rodzynków, ale wygrał e-mail o poniższej treści:

    „Witam,

    szukam pracy, może być przy kabaretach.

    Pozdrawiam.”