Nie ukrywam, że zależy mi na czasie…

Nie ukrywam, że zależy mi na czasie…

Był taki moment w mojej „karierze” grafika, gdy ponad wszelką miarę byłem zasypany robotą. Nie chcę się chwalić, ale średnia dzienna ilość maili oscylowała w okolicy 30-40tu, dochodząc (jeśli dobrze pamiętam) do szczytowej ilości ponad 60ciu wiadomości dziennie. Prośby o poprawki, prośby o projekty, prośby o wyceny. W końcu prośby o poprawki wycen. Totalna karuzela, mętlik i ogólna nieprzytomność, to w tamtym momencie był mój chleb powszedni.

Dzisiaj piszę o tym nie dlatego, aby się chwalić – wszak wszyscy wiemy, że graficy zazwyczaj tego nie robią. Ale po to, aby zwrócić uwagę na jedno niezwykłe wyrażenie, które bardzo często się przewijało w mailach od klientów. Taaa… Wszyscy je znamy i lubimy….

Nie ukrywam, że zależy mi na czasie…

Rok o którym teraz piszę, to okres gdy miałem zwyczaj wysyłać klientom zaprojektowane przeze siebie kartki świąteczne. Tak, aby choć  trochę przełamać lody między ludźmi, których często nie widziałem na oczy, a stanowili moją codzienność. Ot, miły gest branży kreatywnej (przynajmniej w swoim przekonaniu) w kierunku zawodu managera i marketingowca (w swoim przekonaniu także bardzo kreatywnych). Traf chciał, że to właśnie pod koniec opisywanego roku skumulowała mi się największa ilość pracy.

Niestety, wraz ze sporym obłożeniem i rosnącą stertą nieprzeczytanych maili rosła moja irytacja i ogólne rozczarowanie życiem i zawodem grafika. Postanowiłem więc dać temu wyraz w projektowanej przez siebie kartce i spróbować w dowcipny sposób dotrzeć do swoich klientów. Dać do zrozumienia, że nie tylko im zależy na czasie, że inni też mają problem z jego deficytem. Efektem mojej pracy była niezwykle dowcipna w swojej wymowie kartka świąteczna, którą możecie zobaczyć poniżej. Na swoje usprawiedliwienie przypomnę o stanie mojego umysłu: sporym zmęczeniu przyprawionym przesadną ilością irytacji…

Ale po co o tym wszystkim piszę? Otóż ostatnio naszła mnie pewna refleksja…

Nadejście refleksji

Od jakiegoś czasu mam małe problemy z prawno-księgową obsługą  jednego z moich przedsięwzięć. Ani ze mnie księgowy, na pewno też nie prawnik, więc zacząłem się rozglądać po internetach za fachowcami. Gdy już udało mi się takowych odnaleźć, zacząłem smażyć do nich maila opisującego moją niezwykle skomplikowaną i trudną sytuację.

Rzecz jasna opisywana sytuacja nie była ani trudna ani skomplikowana. Po prostu żyjemy w kraju, w którym nikomu nie pali się do tego, aby tworzyć przepisy w przejrzysty sposób, nikomu nie zależy też na tym aby je naprawić i sprawić aby były choć trochę bardziej czytelne… i mam nowy pomysł na wpis z cyklu „Co wkurza grafika”. 🙂

Gdy tak sobie wesoło klepałem swoją wysłużoną klawiaturę, a na monitorze zaczął się układać mail, w pewnym momencie przebiegł mi po plecach dreszcz, pachy zalały się potem, o innych częściach ciała wolę nie wspominać. Ową reakcję wywołało, to co właśnie napisałem. Tak. Wiadomo o chodzi. Kończąc swojego maila, w którym omawiałem problem, dodałem magiczną formułkę motywującą do działania: nie ukrywam, że zależy mi na czasie.

Refleksja

Tak. Moment, w którym zobaczyłem co napisałem wiązał się z przywołaniem wszystkich wspomnień tamtych upierdliwych dni, gdzie co drugi klient bombardował mnie tym kretyńskim stwierdzeniem, z przekonaniem że jest to takie małe i delikatne wyrażenie, które zmotywuje mnie do szybszej odpowiedzi, a pewnie i efektywniejszej pracy. Przypomniałem sobie ilość irytacji, jaka za każdym razem się w mnie wzbierała przy odczytywaniu tych słów.

W tym momencie ogarnął mnie smutek i przygnębienie. Bo uświadomiłem sobie, że jakkolwiek bardzo lubimy dzielić się na lepszych i gorszych, tak w rzeczywistości wszyscy jesteśmy takimi samymi upierdliwymi ludźmi i klientami. Ludźmi, którzy stosują te same irytujące zagrywki względem siebie, błyskawicznie je wypieramy, tylko po to aby się maksymalnie zirytować gdy wrócą do nas z drugiej strony.

Zwłaszcza my graficy, bardzo lubimy czuć się lepsi. No bo kto mi powie, że nie jesteśmy lepsi i bardziej wartościowi od pracowników marketingu… drukarni… przedsiębiorców… informatyków. No dobra, wygląda na to, że jesteśmy lepsi od wszystkich innych. Wszak to my reprezentujemy branżę kreatywną, oni to ta bardziej umysłowo skostniała część społeczeństwa, która poza marudzeniem wiele do pracy nie wnosi.

Z innej beczki

Każdy grafik na dźwięk słowa „poprawka” mimowolnie się wzdryga. Wiadomo, jesteśmy nimi męczeni bezustannie, klienci dla sportu poprawiają swoje projekty często w nieskończoność. I taki oto grafik myśli sobie: gdybym to ja odpowiadał za ten projekt uwinąłbym się w jedną, góra dwie małe popraweczki, no przecież ile można poprawiać kilka zdań i prostą grafikę. Macie tak? Ja miewałem tak wielokrotnie.

Aż do momentu, gdy zacząłem robić swoje. Swoje, czyli projekty niezależne, głównie mockupy, które udostępniam za darmo lub sprzedaję. Klienci mi niestraszni, forsa jakaś z tego jest (kiedyś na pewno napiszę o tym więcej), więc robię swoje, a „tamci” mi nie ględzą. Niby proste, prawda? Otóż nie. Poprawki nadal są – zleca mi je najgorszy z możliwych klientów, czyli ja sam. Często mam już sam siebie dosyć, ale wiem, że pewne rzeczy trzeba po prostu domknąć i wykonać najlepiej jak to możliwe. I nagle okazuje się, że faktycznie banalną sprawę można poprawiać piętnaście razy. Że jedna mała duperela, której prawdopodobnie nikt nie widzi, na tyle mi nie daje spokoju, że człowiek walczy z nią horrendalnie długo. Oczywiście poprawiam to we własnym zakresie, więc boli to jakby mniej, niemniej poziom upierdliwości jest nadal niezwykle wysoki. Warto tu też dodać, że nie zaliczam się do jakichś wybitnych pedantów, więc wynika to z prostego przekonania, że dobrze wykonany produkt lepiej się sprzeda.

I tu wróćmy do naszych klientów, którym przecież też na tym zależy. Zlecająca nam osoba projekt, także czuje się za niego odpowiedzialna. Czasem chce dobrze, czasem ma nad sobą szefa, a czasem ma gorszy dzień i wysyła co ma, tylko po to, żeby po czasie doszlifować projekt. Każdy kto próbował wykonać jakieś zadanie od początku do końca, mając za niego pełną odpowiedzialność wie, że inaczej się  nie da.

Jasne, w teorii można sobie wszystko rozpisać, zaplanować, literówki poprawić w edytorze tekstu. Ale gdy przychodzi co do czego, to i tak trzeba wiele rzeczy ze sobą spiąć, często poprawiając je niemiłosiernie.

Refleksja – kontruderzenie

Po co tak dzisiaj ględzę? Ano, po to, żeby przypomnieć Wam i sobie (sobie pewnie w szczególności), że wszyscy jesteśmy zarówno klientami jak i usługodawcami. Że warto się zastanowić nad tym co takiego wkurza nas ze strony naszych klientów, co być może sami powtarzamy względem innych. Sprzedając tu i ówdzie swoje mock-upy często natrafiam na prośby o pomoc, prośby o wykonanie jakiegoś konkretnego mock-upu itd. Wiele razy natknąłem się na prośby typu: pilne, asap, na wczoraj itd. Serwują mi je w znacznej mierze graficy, którzy jak nikt inny narzekają na złe traktowanie przez klientów. Dziwnym jest fakt, że gdy sami się w nich zamieniają powtarzają dokładnie te same sytuacje, które u nich powodowały drżenie serca.

No to o co chodzi? O opamiętanie i empatię. Bądźmy mili dla innych, a kto wie, może ta uprzejmość wróci do nas szybciej niż się spodziewamy.

Opublikowane przez Andrzej Gdula